RSS
piątek, 28 stycznia 2011
Ludziom żyło się dostatniej
W kulturze, w której ważna jest nie tyle praca i jej sens, co tylko jej zewnętrzne oznaki w postaci biletów płatniczych, transferów środków oraz gromadzonych dóbr - sprawność nie zależy od sprawności a wydajność od wydajności.

Praca by była pracą musi być czymś więcej niż tylko wykonywaniem czynności. Co jednak zupełnie nie przeszkadza ludziom, którzy wykonują pracę, w tym, lub zwłaszcza, szkodliwą z punktu widzenia pozycji ludzi biednych, wykluczonych, czy wykluczeniem zagrożonych - sugerować, by ci właśnie biedni zajęli się czymś. "Przecież można pracować na dwa etaty", słyszę z ust człowieka, który swoją pozycję zbudował składaniem do kupy pomielonych sztrucli i popychaniem ich jako "funkiel nówka, nietłuczone, pan zobaczy, tylko 150 tys. km". Jeśli praca ma być pracą - musi być etyczna.

Stąd sprawność nie zależy od sprawności. Sprawność rynkowa (czasem, w tym wypadku) zależy od zdolności niezauważania nieetyczności działań. Bądź podejmowania ich z całą świadomością (np. rynek budowlany; poruszany już przeze mnie problem drożdżówek z makiem). Taki rynek, gdzie inni uczestnicy deklarują profesjonalizm i zdolność przeprowadzenia działań, do których się zobowiązują, choć mają pełną świadomość, że nie są w stanie spełnić wymagań, lub brak im kwalifikacji - powoduje, że cokolwiek, co mogłoby być pracą oraz przyzwoitą wymianą usług, towarów, itd. staje się pojedynkiem pacanów.

Wydajność nie oznacza przecież, że trzeba jak najmniejszym kosztem zrealizować postawione przed sobą zadania. Wydajność oznacza, że trzeba znaleźć taki punkt, w którym druga strona godzi się na jakiś zakres błędów, niedopatrzeń, nieścisłości, nieprofesjonalizmu i zwykłego "koło chuja mi to lata".

Wydajność którą mam na myśli wynika ze specjalizacji i podziału pracy. No i oczywiście doświadczenia - rozumianego jako tradycja podejścia do pracy (użyteczność, etyczność).

Trafia się towarzyskie spotkanie z ludźmi, którzy wg tak rozumianej pracy, wydajności i sprawności - nigdy nie pracowali. Temat tyczy się jakości jedzenia, pacany wyciągają kartę "klasizm": w tych dyskontach to jedzenie tanie i gówno, teraz to wszędzie pakują chemię, kto by coś takiego w ogóle chciał kupować. Na co ja czuję, że muszę i mówię: są przecież ludzie, którzy są wykluczeni z dostępu do żarcia dobrej jakości, ze względu na cenę. Po czym obrywam klasycznym: to czemu nie pracują na dwie zmiany, to dlaczego im się nie chce, dlaczego nie znajdą sobie gdzieś na wsi zaprzyjaźnionego dostawcy żarcia. Próbuję tłumaczyć, że deprywacja, że czas, że koszty, że stopień skomplikowania, że dużo okoliczności, ale nic nie trafia - przecież to tylko lenistwo.

I dlatego, za każdym razem, kiedy słyszę, że hoho, taki zdolny, zarobiony i obrotny, myślę sobie: gińcie, skurwysyny.
Tagi: etyka praca
17:58, eli.wurman
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 czerwca 2010
Terror produktywności

Ludzie, którzy zupełnie bez zażenowania potrafią zadeklarować, że dzięki metodzie Get Things Done podnieśli swoją produktywność zasługują na równie specjalne miejsce w piekle, co dziennikarze sportowi. I dziennikarze prasy lokalnej.

Definicje

Czym jest cała ideologia Get Things Done: jest rewolucyjnym odkryciem, jakoby praca polegała na wykonywaniu różnych czynności w określonej kolejności. Niech mnie piekło pochłonie, jeśli kłamię.

Czym jest produktywność? Rozważmy scenkę rodzajową:

do sklepu mięsnego przychodzi klient, prosi o 20 dkg krakowskiej suchej. Ekspedient podchodzi do haka, zdejmuje kiełbasę, odkrawa kawałek na oko, kładzie na wadze, wychodzi 21 deko z groszami, pyta, czy może być, klient mówi, że a i owszem. Ekspedient pakuje krakowską suchą, nabija rachunek na kasie, przyjmuje pieniądze, wydaje resztę, życzy klientowi miłego dnia.

Wiecie co się stało? Tak! Brawo! Ekspedient był produktywny, choć nawet tego nie zauważył!

 

Optymalizacja, głupcze

Trochę się boję, że za całym ruchem produktywistów stoi hasło: ważniejsze od zrobienia rzeczy jak należy jest ich zrobienie. Oczywiście w takim podejściu tkwi ogromne zło - ludzie, którzy robią rzeczy, bo należy je zrobić, a nie dlatego, że się na nich znają są przyczyną wielu problemów i paskudnie często prowadzą do obsunięć i przesunięć terminów i zwiększonych kosztów.

Produktywiści oczywiście będą oponować: że jak to, przecież dzięki GTD są w stanie zaplanować działania i określić czas na ich wykonanie. Panie, miej ich w swojej opiece, bo nie wiedzą, co czynią. Nic tak dobrze nie robi na zdolność planowania jak praktyka i zluzowanie pośladów. Praktyki w określaniu co, jak i na kiedy nie zdobędzie się będąc przekonanym, że można mieć pełną kontrolę nad tym, co się robi. I ten brak pokory, ukrywany pod smętnym pieprzeniem, że zerknęło się do jakiegoś poradnika i zrozumiało, gdzie i jakie popełnia się błędy - jest porażający.

Frilanserka

Gdzie można znaleźć produktywistów? Wszędzie tam, gdzie tak właściwie nie ma wiele pracy i trzeba ją organizować samemu. A więc przede wszystkim u twórców internetowych treści na blogaski i do serwisów oraz rozmaitych MLM-owców.

W przyzwoitej i uczciwej pracy, nawet jeśli jest to praca freelancera, wymóg rzetelności (a więc np. zrobienia właściwego riserczu), wykonania pracy jak należy w dosyć naturalny sposób będzie zmuszał do zrobienia każdej rzeczy tak, żeby samemu przed sobą nie było wstyd. Niestety - nie wszędzie poczucie wstydu istnieje, stąd też różni specjaliści od przeklejania treści z zagranicznych serwisów czy od namawiania do nowatorskiego biznesu marketingu sieciowego muszą szukać czegoś, co wypełni im tę wielką pustkę.

Słowo na niedzielę

Produktywizm jest przejawem tej samej choroby, która objawia się deklaracją "stosujemy indywidualne podejście do każdego klienta". Za taką deklaracją stoi brak doświadczenia, brak procedur, brak rutyny.

Produktywizm jest niebezpieczny - daje złudne poczucie kontroli nad tym, co się robi. I, czego jestem pewien, zabija całą radość z pracy.